Shin Megami Tensei IV – pseudorecenzja

shin-megami-tensei-iv-logo

Raczej już wiecie, ale, po wielu butthurtach i laleczkach voodoo na podobieństwo pracowników Atlusa, Shin Megami Tensei IV trafi wreszcie do Europy. W wersji cyfrowej co prawda, ale z przyjazną ceną, bo ciachniętą do poziomu dobrej promocji (20€ w porównaniu do premierowych 50 dolców w USA). Warto po nią sięgnąć?

Warto! Przeszło 60 godzin rozrywki w postapokaliptycznym Tokio jest jedną z najlepszych wypraw, jakie możecie odbyć siedząc na kanapie z 3DSem w dłoni.

Klimatem rzecz jest bardzo podobna do Nocturne. Różnicą jest większa ilość ludzi, których niedobitki wciąć kręcą się po niektórych dzielnicach miasta oraz sam fakt, że nie jesteśmy tak do końca zwyczajnym nastolatkiem – pochodzimy z wiochy zabitej dechami, co prawda, ale też dopiero co mianowali nas na samuraja. W trącącym średniowieczem Eastern Kingdom of Mikado, z którego pochodzimy, oznacza to prestiż i swego rodzaju bycie wybrańcem.

20140509_230227

Swag jest tak wielki, że możemy na przykład strzelić sobie taką nonszalancką focię przed sklepem z czarną bronią i temu przyjemnemu dżentelmenowi z tyłu nic do tego

Razem z nami wyróżnienie to otrzymało jeszcze czworo nastolatków (właściwie trzech, ale jednego nie ma na okładce więc wiemy od razu, że się nie liczy) towarzyszących nam w dłuższej-niż-się-na-początku-wydawało podroży. Jonathan, Walter i Isabeau, bo tak się tak ta przykładna młodzież nazywa, nie są co prawda do końca typowymi dla jRPGów najlepszymi przyjaciółmi, ale i jednocześnie specjalnie się nie wyróżniają. Szczególnie blado wypada jedyna w grupie przedstawicielka płci pięknej, która, pomimo bycia samodzielną, silną kobietą, pozostaje neutralna do bólu, co ma swoje uzasadnienie, ale zdecydowanie działa na jej niekorzyść. Pozostała dwójka prezentuje się lepiej; lśni tutaj Walter, charyzmatyczny, stanowczy i okraszony boskim głosem Matthew Mercera, ale i Jona, chociaż osobiście denerwował mnie niemiłosiernie, da się lubić, chociażby za swoje pocieszne mini-afro konkretne podejście do zaistniałej sytuacji. Obydwoje reprezentują sobą znajome już ścieżki Law i Chaos, na początku raczej nieśmiało, a później już agresywnie próbując zmusić nas do poparcia ich przekonań. Piękne jest to, że żaden z routów nie jest czysto zły lub dobry – jeden i drugi to kolaż różnych odcieni szarości i serio można się zdziwić, podchodząc do gry z zamiarem wybrania pokoju („bo jestem dobrym człowiekiem”), a ostatecznie z własnej woli spowinąć świat w chaosie.

20140429_222427

Reakcja Waltera na Izaboł jest mniej więcej taka jak moja

Oczywiście nie byłoby nawet mowy o zmienianiu porządku świata, gdybyśmy byli zwykłymi samurajami. Istniejemy jednak po to, żeby rozprawiać się z demonami – i właśnie tutaj tkwi mięsko rozgrywki. SMT IV gameplayem stoi i nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. System znany z poprzednich części dostał odpowiednie tweaki (widoczność przeciwników na mapie, możliwość sejvowania w każdym momencie), przez co gra jest bardziej dostępna dla nowicjuszy, zostawiając jednocześnie wszystko to, co dotychczas dobrze się sprawdzało. Wychodzi z tego naprawdę przyjemny miks, stanowiący klasyczną turówkę przeplataną swoistymi Pokemonami dla dorosłych. Nie zajdziemy bowiem daleko z samym naszym bohaterem w party, konieczne jest ciągłe rekrutowanie nowych demonów. Odbywa się to poprzez… rozmowę z nimi.

20140503_220327

I to nie taką o pogodzie albo waszym ostatnim obejrzanym animu

Ta natomiast chyba nigdy nie była tak przyjemna. Nie, nie to, że łatwa, nie ten adres – chodzi mi o same dialogi. To właśnie one sprawiają, że każdy napotkany potwór ma swój charakter, że nie jest tylko petem słuchającym potulnie naszych komend. Po kilku godzinach grania nie dziwi nas ani ochrzan od jakiegoś mniejszego bóstwa, ani rozprawa z…jednooką…rozgwiazdą…o tym, że chciałaby nas pacnąć w banię, bo wydaje się pusta i pewnie wyjdzie fajny dźwięk.

20140506_223918

well thanks moron

Jeśli jesteśmy już przy gadających przedstawicielach morskiej fauny, warto wspomnieć o wizerunkach demonów. Faktem jest, że odstają nieco od tych, do których zdążył nas przyzwyczaić Kazuma Kaneko, nie biorący tym razem udziału w przedsięwzięciu. W rzeczywistości nie stanowi to praktycznie żadnego problemu. Maszkary, pomimo braku charakterystycznej kreski, prezentują się świetnie, od żółtych chomikopodobnych po Lucyfera z twarzą Marylina Mansona. Nudzić się nie można, tym bardziej, że rodzajów potworów są prawie cztery setki.

20140501_113217

I tym bardziej, że w ilu grach usłyszeliście od psa o nicku „Owłosiony Jacek” że posysacie? No? No?

Nuda nie towarzyszy również przy przemierzaniu przez dungeony. Rozpoczynamy od ponurych podziemi, przechodząc powoli przez zakamarki zburzonego Tokio, zahaczając o złożone z siatek rur siedliska dodatkowych bossów, na paru alternatywnych rzeczywistościach i typowych dla serii piekłach/niebach kończąc. Wszystko prezentuje się naprawdę ładnie, mocno trzyma klimat, i chyba nie pomylę się za bardzo, jeśli powiem, że wykorzystuje możliwości 3DSa jak tylko może. Nieco gorzej wygląda to w trakcie walk, gdzie przenosimy się w czyste 2D– i nie byłoby w tym nic złego, gdyby sprity naszych przeciwników przyniosły ze sobą coś świeżego, a nie były, w zdecydowanej większości, portretami znanymi już z poprzedniczek, z jedynym bonusem w postaci podniesionej rozdziałki. O wiele bardziej cieszą oko wszelakie efekty specjalne, szczególnie finishery, aktywujące się w momencie zbicia przeciwnikowi HP do 0. Wbijające się w demony igły, rozrywające je po chwili od środka z soczystym dźwiękiem za każdym razem przynoszą tą samą niezdrową satysfakcję.

20140429_001557

AWWWWWWWWWWW YEEEEEEEEEAH, naprawdę

Muzyka jest… jest. Pasuje, sprawdza się w swojej roli dobrze i potęguje wydarzenia na ekranie. Brakuje jej jedynie czegoś, co sprawiłoby, że po wyłączeniu gry nadal ją nucimy. Idealnie wręcz wypada natomiast voice acting, towarzyszący każdemu większemu eventowi. Nikt nie brzmi sztucznie a same głosy dobrane są wręcz świetnie, i, co jest dodatkowo fajne, nie odnosi się to tylko do postaci pierwszoplanowych. Moją absolutną faworytką była w tej kwestii Nozomi – NPCtka pojawiająca się w kilku questach, nie mająca nawet swojego portretu. Jak często takie coś się zdarza?

20140509_230427

Na pewno nie tak często jak kwestionowanie fryzury głównego bohatera, toż nawet w Simsach czegoś takiego się zrobić nie da

Na koniec wypadałoby wspomnieć coś o wadach, które mimo wszystko też tu są. Zdecydowanie największy hejt leci na mapę świata. Nie wiedziałam, nie miałam wręcz pojęcia, że da się skopać coś takiego, a SMT IV nauczyło mnie, żeby już nigdy nie wątpić, że da się jak najbardziej. Rozumiem, że jest mhrocznie i ciemno i w ogóle to cały design Tokio ma podniecać chęć podcinania nadgarstków, ale to nie usprawiedliwia kompletnej nieczytelności z jaką musimy się zmierzać wychodząc za każdym razem na overworld. To, w połączeniu z brakiem opisu lokacji (po podejściu do kolejnego tak samo wyglądającego budynku pojawia się tylko opcja ‚Enter’, ale co to do cholery za budynek w ogóle jest to nikt nie wie) niejednokrotnie powoduje ogromną wręcz frustrację, bo nie dość, że w 80% przypadków nie mamy pojęcia, gdzie tak w sumie iść, to jeszcze zmuszeni jesteśmy do krążenia w kółko po tych samych spowitych mrokiem uliczkach siakimś powolnym, brzydkim pionkiem, licząc właściwie na szczęście. Nie wiem, może jeśli ktoś ma lepszą pamięć i zakoduje sobie lokalizację co ważniejszych miejscówek w głowie nie natknie się na ten problem, ale osobiście do opisu sięgałam dosyć często, a robiłam to tylko w przypadku utknięcia gdzieś na co najmniej pół godziny.

20140506_215559

Jego córka też pewnie błądziła po mapie, tak to się kończy

Inną sprawą jest poziom trudności, obrzydliwie wręcz nierówny. Przykładowo, pierwszy dungeon to piekło- giniemy ciągle, od byle czego, o bossach nawet nie wspominając. Po opuszczeniu go wszystko nagle staje się jakieś takie prostsze; umrzeć da się ewentualnie od nieszczęśliwego criticala. To zjawisko ma miejsce do samego końca i nie pomaga nawet fakt, że w grze nie ma statystyki odpowiadającej za obronę, więc teoretycznie nawet od trash moba obrywamy tak samo mocno. Nie mam pojęcia, co ostatecznie poszło nie tak, ale wiem za to, że nie tego się po produkcji z tej serii spodziewałam.

20140403_004703

NIE, NIE WITAJ SIĘ ZE MNĄ, ODDAJ MI MÓJ CZALENDŻ Z POCZĄTKOWEJ LOKACJI

Troszeczkę też mierzwiło mnie DLC. Nie mam nic do dodatkowych kostiumów, bo te kosztowały grosze, ale gdyby tak zsumować koszt wszystkich dodatków odblokowujących dodatkowych superbossów/demony, wychodzi nam – nawet w przypadku promocji! – całkiem spora suma za, bądź co bądź, kilka questów, które zwyczajnie powinny być dostępne już w grze podstawowej. Niejednokrotnie posłusznie wcisnęłam do kieszeni Atlusa pieniążki, ale to było po prostu brzydkie z ich strony i takich zagrywek pochwalać nie będę.

20140509_201003

Nawet jak dorzucą AI, która zwraca się do mnie w ten sposób

Co by jednak nie mówić, Shin Megami Tensei IV to nadal kawał bardzo solidnej, rzemieślniczej wręcz roboty. Nie jestem pewna, czy na poziomie Nocturne, ale warto zagrać na pewno. Chociażby dlatego, że dla fanów serii będzie to kolejna przygoda w klimacie, który kochają, natomiast dla całej reszty – jRPGowe przeżycie polane zupełnie innym sosem niż zwykle. Burym, klejącym i w ogóle jakimś takim dziwnym, ale jednocześnie o bardzo, bardzo dobrym smaku.

 

Reklamy

2 thoughts on “Shin Megami Tensei IV – pseudorecenzja

  1. Haha, jak tak dalej pójdzie to nie wiem czy dożyję europejskiej premiery SMT IV! Mówiłam – sprowadzać 3DSy.

    Trochę mie serce krwawi kiedy mówisz, że muzyka w SMT IV tylko jest kiedy ja się tu zaśliniam nad motywami towarzyszącymi walkom z bossami czy Camp Ichigayą. Soundtrack jest wielkim listem miłosnym do poprzednich gier i na wskroś jest przesiąknięty latami osiemdziesiątymi. Ale de gustibus itd.

    Kupię tę grę i tuzin innych razem z moim importowanym 3DSem. Cieszę się tylko, że Xenoblade mnie ani ziębi, ani grzeję, zaoszczędzę na najnowszym modelu.

  2. Uff, wreszcie dałam radę przeczytać tę notkę, bookmarkowałam ją z milion razy ;_;
    Dżerpegi nie dla mnie, tym bardziej ta mapa świata mnie przeraza (ja się dałam radę zgubić na mapie w FFV), ale zadbam, żeby narzeczony miał 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s